USA – Bóg mówi przez Słowo. Na początku było Słowo.
USA – kraina marzeń
USA – kraina marzeń, wysokich wieżowców, szybkich i dużych aut, luksusu i kontrastów.
Stany Zjednoczone – sentymentalna podróż do przeszłości, zawsze obecne w naszych sercach.
Przez Stany się poznaliśmy. Był rok 2000 – ja w USA jako Au Pair, moje pierwsze zabawy z komputerem, internetem i… chłopak z Polski zakochany w Ameryce. Wtedy jeszcze się nie znaliśmy osobiście. Połączyła nas przypadkowa strona internetowa ktogdzie.pl. Pierwszy raz zobaczyliśmy się dopiero na lotnisku w Warszawie, gdy wróciłam do Polski.
Po 25 latach wróciliśmy do USA razem – jako rodzina z dziećmi.
Może sprawdzić, czy coś straciliśmy?
Na początku było Słowo
Przed wyjazdem mąż zaczął się stresować jedną rzeczą.
25 lat temu, kiedy był w USA jako młody chłopak, wrócił do Polski trochę później, niż powinien. Nic wielkiego – zwykłe młodzieńcze niedopilnowanie terminu.
Mieliśmy ważną wizę, wszystko było formalnie w porządku, ale gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl:
„A jeśli to wyjdzie? A jeśli na granicy będzie problem?”
Powiedziałam spokojnie:
Zapytam Boga. Jeśli w Piśmie Świętym znajdę słowo „woda” – znak, że przelecimy przez wielką wodę i wszystko będzie dobrze – przestajemy się martwić, ufamy Bogu. Jesli nie znajdę tego słowa, będą problemy.
Otworzyłam Biblię.
Był fragment o rozlanych wodach.
Wystarczyło.
Granica została przekroczona bez problemów, stało się jak Pan zapowiedział.
Polecieliśmy.

Zderzenie z rzeczywistością
Kalifornia zachwyca.
Słońce. Przestrzeń. Ocean.
Drogie auta, szerokie drogi, nowoczesne budynki, klimatyzacja wszędzie – w aucie, w sklepie, w hotelu.
To kraj, który robi wrażenie rozmachem.
Ale jest też druga strona.
Namioty na ulicach San Francisco.
Ludzie, którzy przegrali z uzależnieniem.
Zapach narkotyków i rezygnacji w Los Angeles.
McDonald’s jako najtańsza opcja dla tych, których stać tylko na minimum.
Kontrast jest ogromny.
Obok luksusu – bieda.
Obok technologicznej potęgi – samotność.
To nie jest krytyka. To obserwacja.

Czy coś straciliśmy?
Patrzyłam na nasze dzieci idące obok nas.
Owoc tamtego „przypadkowego” kliknięcia w 2000 roku.
I wiedziałam jedno.
Nie straciliśmy nic.
Nie zostaliśmy w Stanach.
Nie budowaliśmy tam kariery.
Nie zostaliśmy częścią tego świata.
Zyskaliśmy coś innego.
Zyskaliśmy rodzinę.
Zyskaliśmy stabilność.
Zyskaliśmy tożsamość.
Zyskaliśmy Polskę.
Może nie mamy takich wieżowców.
Może nie mamy takiej przestrzeni.
Ale mamy pracę.
Nie mamy na każdym kroku namiotów bezdomnych.
Mamy kościoły w centrum miast.
Mamy Eucharystię na wyciągnięcie ręki.
Mamy duchowy fundament.
I to nie jest oczywiste.
Spełnione marzenie
Ta podróż była spełnieniem marzenia mojego męża.
Była sentymentalnym powrotem do miejsca, od którego zaczęła się nasza historia.
Była wspólnym świętowaniem jego urodzin.
Była 10 dniami razem – jako rodzina.
Bóg pozwolił nam wrócić.
Pozwolił zobaczyć.
Pozwolił porównać marzenia z rzeczywistością.
A potem spokojnie wrócić do domu.
Nie z rozczarowaniem.
Z wdzięcznością.
Bo czasem trzeba przelecieć przez wielką wodę, żeby jeszcze bardziej docenić to, co jest po tej stronie oceanu.
Wielki świat i mały człowiek – gdzie w tym wszystkim jest Bóg?
Patrzyliśmy na ogrom.
Na przestrzeń.
Na technologię, która wyprzedza wyobraźnię.
Na miasta, które nie zasypiają.
I zadawałam sobie jedno pytanie:
gdzie w tym wszystkim jest miejsce na ciszę?
Przez dziesięć dni nie natknęliśmy się na kościół tak naturalnie, jak w Polsce mija się go w drodze do sklepu czy szkoły. Może były – pewnie były – ale nie były widoczne, nie były centrum, nie były sercem miasta.
Wysokie budynki przyciągają wzrok.
Reklamy przyciągają uwagę.
Sklepy przyciągają klientów.
Kościół w Polsce przyciąga człowieka.
I może właśnie to zobaczyliśmy najmocniej.
Wielki świat potrafi zachwycić rozmachem.
Ale bez fundamentu człowiek w nim staje się mały.
Nie dlatego, że Ameryka jest zła.
Tylko dlatego, że bez Boga w centrum wszystko zaczyna krążyć wokół czegoś innego.
Wracaliśmy do Polski z jedną myślą:
dobrze jest mieć świątynię na wyciągnięcie ręki.
Dobrze jest żyć w miejscu, gdzie wiara nie jest dodatkiem do krajobrazu, ale jego częścią.
A więc choć wielki świat potrafi zachwycić rozmiarem i blaskiem, to w chwilach milczenia, gdy niebo nad nami jest szerokie a serce szuka właściwego kierunku, odnajdujemy tę jedyną odpowiedź: Bóg nie mieszka w najwyższych wieżowcach ani w najdroższych markach. On mieszka tam, gdzie człowiek podnosi oczy i serce ku Niebu – kiedy widzi, że prawdziwa siła nie polega na wielkości świata, lecz na obecności Boga w codzienności.
